Po co być jak X?
Od twojego debiutu, albumu Bajeczki ( 1997), który okazał się sporym sukcesem, minęło wiele lat. Jak postrzegasz różnice między rynkiem fonograficznym wtedy a dziś?
Jest inaczej. Wtedy byliśmy dziećmi kończącej się rewolucji, teraz staliśmy się konsumentami. Weszliśmy w światła tych neonów, blichtru jaki otacza przemysł rozrywkowy na świecie. Muzyka zeszła na dalszy plan, liczą się imponderabilia – cekiny, silikonowe cycki, buzie z photoshopa, gładkie uśmiechy. Odwraca to uwagę od bełkotu, wtórności, macdonaldyzacji muzy. My Słowianie, jesteśmy inną rasą i po prostu, nie mamy we krwi klaskania na 2 i 4. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie wolno nam próbować, chcę tylko wskazać, że klaskanie na 1 i 3 też jest ok. Nie trzeba się tego wstydzić, to dla mnie absurdalne. Ten wstyd właśnie sprawił, że młodzi ludzie z takim namaszczeniem próbują naśladować, „być jak”. Po co „być jak X”, skoro X-a można mieć w oryginale? Nie możemy odciąć się od korzeni naszej kultury, od duszy naszego narodu. Owszem, możemy stosować dowolne środki wyrazu, czerpać garściami z tego, co wypracowali światowi twórcy, ale na Boga, dodajmy do tego własnych przypraw. Są artyści, którzy potrafią dokonać takich oryginalnych fuzji, wrażliwi na słowo, mądrzy, tacy którzy nie traktują tego zawodu li i jedynie jako działalności usługowej obciążonej takim to a takim podatkiem. Ja sama, choć nie uciekam od nowoczesnych rozwiązań, wciąż pragnę by to dusza przemówiła. Moja dusza. Wtedy czuję prawdę. Rozumiem oczywiście podejście praktyczne wielu gwiazd – wielu jest łasych na laurki. Ja sama bywam. Szanuję profesjonalizm, charyzmę czy umiejętność przekucia niczego w coś – czytaj w dużą kasę, ale patrzę na to jak na produkt z supermarketu. Mam wrażenie, że kiedyś takie rzeczy zdarzały się na marginesie, dziś to sztuka jest marginesem.
Inna sprawa czy rzeczywiście stajemy się coraz głupsi, czy też może to, o czym mówię jest jedną wielką manipulacją rodem z filmów w rodzaju Zeitgaist? Często się słyszy, że media serwują to, czego chcą odbiorcy. Świadomym odbiorcom nie smakuje papka. Ale miliony mają rację. Dlatego karawana jedzie dalej. Słupki, zyski, wzrosty, spadki. Ja myślę, że liczy się niezłomność, bycie uczciwym wobec siebie.
Miałaś na myśli jakiegoś konkretnego odbiorcę, gdy pracowałaś nad swoją nową płytą. Dla kogo ją tworzyłaś?
Dla każdego, z kim będzie ona rezonować. Nie buduję murów. Chcę opowiadać o emocjach. Jestem zodiakalnym rakiem, czuję do potęgi co najmniej trzeciej. Uważam to za piętno, dług, ale i rodzaj nałogu. To co dla wielu ludzi jest błahostką, ja – melodramatycznie, przyznaję – stawiam na ostrzu noża, rozpatruję w kategorii życia i śmierci. Oczywiście strasznie to nierozsądne, na dobrą sprawę wymagałoby psychoterapii ( śmiech), jednak jest w tym jakaś uczciwość, moja własna prawda. Zresztą, bez tego nie istniałabym jako artystka. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że ja z kolei nie znajduję problemów tam, gdzie dostrzegają je inni, co zwykle budzi konsternację. Yin i Yang. Ta płyta jest dedykowana wszystkim rozczarowanym. Ja sama czuję się rozczarowana. Zupełnie jak w mojej piosence „Czy komuś jeszcze wstyd”? Przede wszystkim sobą. Wierzę w nieubłagane prawa wszechświata. Właściwie to nie kwestia wiary, to absolutna pewność - prawa istnieją i trzeba się do nich zastosować. Rozczarowanie zatem bierze się stąd, że nie raz, nie dwa, nie umiałam się zastosować. Nie umiałam, nie chciałam. To uniwersalny problem, dotyczy praktycznie każdego. Dlatego ten album może ukuć niejedno serce. Chcieliśmy, by płyta była podróżą, ale nie z punktu A do punktu B, ale wielowymiarową, wielowątkową, podróżą w nadprzestrzeń. Nie stosowaliśmy ograniczeń. Nie mówiliśmy sobie: ok., trzeba się trzymać jednego gatunku, bo tak się przyjęło robić, tego uczą podręczniki, tego oczekują krytycy. Przeciwnie, postanowiliśmy, że każda z piosenek sama nas poprowadzi dokąd zechce. Teraz widzę to tak: jestem jak wachlarz – gdy go złożyć, jest wąskim jednobarwnym piórkiem, lecz gdy rozchylić, ukaże kolory wypełniające całą płaszczyznę i układające się w jakiś zawiły rysunek. Jestem z lewej, jestem z prawej, jestem pośrodku, jestem wszędzie. Oscyluję. To co jest spoiwem dla tego albumu, nazwać bym mogła jednym słowem „współ-praca”. Konrad ( Biliński – producent płyty) spędzał z moimi piosenkami godziny i szukał dla nich ram. Ramy się rozrastały, a my się po prostu bardzo cieszyliśmy z tego, co się rodziło. W studiu pojawiali się cudowni artyści, przyjaciele. Każdy zostawiał jakiś pierwiastek siebie. Dziś jak nigdy wcześniej doceniam wartość wspólnoty i współpracy. Tak powstają rzeczy najpiękniejsze.
Zadam pytanie, którego artyści nie lubią. O czym jest twoja płyta?
O lekcjach życia. O tym jak uczyłam się, że wszystko zmienia się w swoje przeciwieństwo, że nie zawsze dostanę to, czego chcę, ale zawsze dostanę to, co jest dla mnie najlepsze. O zdumieniach, olśnieniach, nadziejach, ulotnych błogostanach i wymyślonych orgazmach, o staniu nad przepaścią i nadstawianiu drugiego policzka, o głupstwach i rzeczach naprawdę ważnych. Na koniec o bezgranicznej cierpliwości wszechświata, który na to wszystko patrzy i kiwa pobłażliwie głową,
Czy jest to rodzaj manifestu kobiecości?
W takim samym stopniu, w jakim może to być manifest człowieczeństwa. Kobieta ofiarowuje, taka jest jej rola. Mężczyzna wchłania. Zarówno kobieta jak i mężczyzna muszą pokłonić się przed tą tajemnicą. Chodzi o to, żeby przestać z tym walczyć – gdy to pole bitwy zostanie uprzątnięte, przyjdzie czas na szacunek wobec samego siebie. Często pozwalamy by nas raniono, bo umiemy szanować jedynie abstrakcyjne symbole na ścianie względnie zmarłego papieża. O czymś takim jak szacunek wobec własnej duszy – słyszeć nie chcemy. Dopiero niedawno zrozumiałam, że właśnie on jest kluczem. Kobiety częściej tracą siebie gdzieś po drodze, dlatego łatwiej je zranić. Raz zranione, pozwalają ranić się ponownie – muszą przecież ukarać się za to, że dały przyzwolenie na pierwszy raz. I tak to trwa, a żadnych zysków z tego nie ma. Chciałam o tym napisać, chciałam być w tym jednoznaczna, bo tak naprawdę daleko mi do feminizmu. Odrzucam wszelkie radykalizmy, może z wyjątkiem jednego – bycia dokładnie pośrodku - w istocie, uważam tą postawę za najradykalniejszą z radykalnych, wszystko inne jest iluzją. Kiedyś to ujęłam w następujących słowach: „zmień sinusoidę na prostą, na prostą równoległą, bo w tym wu wei jest sedno, a reszta wszystko jedno.”
Czuć w tym ducha buddyzmu. Czy utwory na płycie składają się w jakąś określoną całość?
Można powiedzieć, że tak. Mamy na niej 12 piosenek. W pierwszych 10 pojawia się zawoalowana i nie napełniająca optymizmem myśl – świat schodzi na psy - by w ostatniej przejść w radosną puentę – na szczęście stwórca wspaniałomyślnie zostawił nam seks. ( śmiech)
Tu z kolei pojawił się jakiś duch hedonizmu. ( śmiech) Z kim pracowałaś przy płycie?
Płyta jest nowoczesna, forma jest nowoczesna, bazą są żywe instrumenty, brzmieniowo jest to wszystko dość, powiedziałabym, bezkompromisowe. Staraliśmy się nie „wytaniać”, ale wybierać to, co najlepsze dla piosenki. I tak, jak wspomniałam wcześniej, nie ograniczaliśmy się stylistycznie. Jeśli numer wymagał ciężkiej gitary, przyjeżdżał Radek Chwieralski, gdy czuliśmy, że orientalna przyprawa, zrobi dobrze piosence, gościliśmy Michała Rudasia itd. Nie raz, nie dwa, mieliśmy gęsią skórkę, gdy słuchaliśmy tego wszystkiego. Muzyka jest wielkim darem. A towarzyszenie jej powstawaniu, to dopiero radość. Można powiedzieć, nastąpiła na mojej płycie pokoleniowa zmiana warty, ludzie, którzy ją współtworzyli to roczniki 80-te.Przede wszystkim Konrad Biliński – producent całości, można powiedzieć, że to jego prawie debiut ( wcześniej współprodukował wraz z Adamem Sztabą płytę Michała). Muzycy – młodzi, świetni, warsztatowo najwyższa półka. Andrzej Karp – odpowiedzialny za miksy, jeden z czołowych polskich realizatorów. Leszek Kamiński – mistrz, to wiadomo, odpowiedzialny za mastering.
Sporo niespodzianek w Ogrodzie niespodzianek?
Tak, sporo. Długo i zawzięcie dyskutowałam ze współpracownikami na temat tytułu. Miało być „życie jak świeczka na torcie”, ale jednak nie, jakiś taki impuls przyszedł, że tytuł przygnębiający i trzeba było tę energię wygonić. Potem wpadłam na pomysł żeby oprzeć się na innej, ważnej dla mnie piosence, tej wspomnianej przez ciebie. To, myślę, dobra puenta dla tego albumu. Zresztą nagrywanie tego numeru było jak katarsis – słychać to najbardziej między 3.47 a 3.50. Moi słuchacze mogą się spodziewać fajnych tekstów, prawdziwych, choć momentami smutnych – tak mówią ci, którzy znają całość. Ja jednak twierdzę, że jestem pozytywna, racjonalnie pozytywna. Świat jest jaki jest i trzeba tą żabę przełknąć – życie staje się wtedy prostsze. Jedną z niespodzianek jest najpiękniejsza moja okładka. Cóż to była za praca! Miałam okazję znów współpracować z Kamilą Markiewicz – Lubańską, która od lat mnie fotografuje. Tym razem jednak trochę inaczej podeszliśmy do tematu – chcieliśmy zbudować domek na wzór domku dla lalek, w którym można by snuć całą opowieść. Powstała piękna dekoracja, która posłużyła za scenografię dla zdjęć i klipu. Jest też na płycie ciekawy materiał multimedialny, notatki osobiste, a także dostęp do nieopublikowanego nagrania i materiału demo – tak dla porównania, by słuchacz, mógł prześledzić ten niezwykły proces powstawania utworów.
Niewielu jest w Polsce artystów, którzy sami piszą i komponują, a Ty to robisz z powodzeniem. Opowiedz jak to się robi.
Wiele ludzi mnie o to pyta. A to tak trudno opowiedzieć. Zaczynam od melodii. Melodie przychodzą mi do głowy. Tak po prostu. Mam archiwum i coraz większą potrzebę zrobienia w nim porządków. Może tam być już z kilkaset pomysłów, wszystkie w formie audio. Nie używam nut. Potem idzie łączenie zwrotki z refrenem, harmonia, forma, całość, którą ubiera się w instrumenty. Na końcu tekst, zawsze inspirowany, zawsze powstający w kontekście. Idealnie jest, gdy zbiega się to w czasie z jakimś co najmniej załamaniem nerwowym ( śmiech) – wtedy efekt bywa spektakularny, a i interpretacja jest poruszająca. Krótko mówiąc doświadczam, potem siadam i próbuję to opisać. Niekiedy zaczynam od jakiegoś słowa – klucza. Mam na przykład dobrą melodię, która potrzebuje szlagwortu, czegoś co spotęguje jej moc, takiego red bulla, więc myślę, łażę z tym po łąkach, przyglądam się w chmurom, słucham wszechświata i wpadam na pomysł. W takich przypadkach dobudowuję resztę do tego, co mi się wówczas objawi. Fascynujący proces. Coś co mnie bardzo wzrusza i dodaje skrzydeł.
Podobno studiowałaś dziennikarstwo, czy to taka pasja „po godzinach”?
Raczej zmysł praktyczny. Mamusia i tatuś kazali studia skończyć i zostać magistrem. Trzeba było się podporządkować. ( śmiech) Odkrywałam pisanie, warsztat, mobilizowałam się do wysiłku intelektualnego – to zawsze procentuje. Oczytałam się trochę, usystematyzowałam wiedzę.
Stąd się wziął pomysł na pisanie felietonów?
Lubię pisać. Mam do tego smykałkę. Wymyśliłam taki cykl felietonów „Dzidka i ja”, które publikuję w miesięczniku Superlinia dobrze od ponad roku. Są to babskie opowiastki, z pudrem, szminką, tabletkami na odchudzanie i mężczyznami w roli głównej. Krążę wokół stereotypów i przekonuję się, że jakkolwiek jesteśmy różne, to zmierzamy w podobną stronę, choć niektóre z nas namiętnie temu zaprzeczają i idą naokoło. Muszę przyznać, że bawię się przednio. Mam nadzieję, kiedyś to wszystko wydać w postaci książki – takiej w miękkiej okładce, do poczytania na trasie Warszawa – Sochaczew na przykład. Może coś napiszę większego. Coś tam mi po głowie chodzi. Jakaś powieść, romans. Ale jeszcze nie zgłębiłam jak ugryźć wątki pornograficzne, które z pewnością chciałabym w niej zawrzeć – seks to temat bardzo mnie nurtujący. ( śmiech) Gdy wpadnę na jakiś pomysł, na pewno zabiorę się do dzieła.
Czy posiadanie przez artystę tak konkretnych umiejętności jest pomocne w codzienności?
Jest pomocne. W ogóle posiadanie różnych umiejętności czy talentów jest pomocne. Nigdy nie wiadomo, dokąd nas los poprowadzi i jakie jest nasze zadanie.
Może daje to poczucie bezpieczeństwa materialnego, którego przecież uprawianie muzyki nie daje?
Praca twórcza. Ciężki orzech do zgryzienia. Zawód, który w odróżnieniu od statecznej pracy na etacie, nie generuje zysków gwarantowanych, nigdy nie wiadomo, czy debet na koncie zostanie spłacony. Droga do sukcesu usłana jest kolcami, a jeśli nawet przychodzi sukces, można trafić na różne niespodzianki, które zysk strawią i obejdziesz się smakiem. Wiem, co mówię, przeżyłam coś takiego. Na luksus niezależności mogą pozwolić sobie nieliczni. Już Antoni Słonimski o tym pisał i od tamtego czasu niewiele się zmieniło, a jeśli, to na gorsze. Mimo to, nie potrafię traktować tego co robię jako kosztownego hobby. To by była krótkowzroczność. Po pierwsze marnotrawienie talentów jest w przyrodzie surowo karane, po drugie gdy robisz kilka rzeczy, żadnej nie robisz dobrze, po prostu energia się dzieli, zmniejsza potencjał i w rezultacie, to co było ogniem, ledwo się tli. Ten zawód jest zero jedynkowy. Tu nie ma miejsca na kompromisy, musisz podjąć decyzję i być jej wierny. Musisz być wytrwały. A akurat wytrwałość nie jest moją mocną stroną.
Cały czas uczysz się śpiewać. Ćwiczysz, dbasz o głos. Jak bardzo to jest niezbędne w pracy wokalisty?
Absolutnie niezbędne, rzekłabym warunek sine qua non. Warsztat daje wolność. Możesz wybrać, nic cię nie ogranicza. Jesteś muzyką, nie myślisz boże czy ja jestem w tonacji, boże wypadam w frazy, boże nie zaśpiewam tak wysoko. Trafiłam na Tadeusza Konadora, który wskazał mi drogę. Lepiej późno niż wcale. Optymalnie jest uczyć się tego we wczesnych latach. Umysł chłonny, błędy nie zdążą się utrwalić. Ale nie zawsze okoliczności są sprzyjające.
Co robisz, jak nie śpiewasz i nie piszesz? Podróżujesz?
No cóż, czas wolny. Oczywiście lubię wszelkie hedonistyczne rozrywki. Kto ich nie lubi? Staram się jednak znaleźć ( z różnym powodzeniem w różnych momentach życia) kompromis między tym czego żąda ciało, a tym, czego chce dusza. Gdy przychylam się do żądań duszy, stosuję średniowieczną mantrę ora et labora. Wtedy czuję, że moje życie zmierza we właściwym kierunku. Podróże? Lubię, choć bez fajerwerków. Nie mam w sobie tej ciekawości świata, o jakiej opowiadają niektórzy i która nieodmiennie mnie zadziwia. Nie tęsknię, by na przykład zobaczyć Tadż Mahal, raczej czuję, że już tam byłam, że byłam już wszędzie. Podróżą jest dla mnie codzienność, zagłębianie się w siebie – do tego nie potrzebuję przebywać setek kilometrów. Mam starą duszę. (śmiech)
Czy uważasz, że kobiety powinny głośno mówić o tym ile mają lat? Nawiązuję do tego, że parę lat temu, tytułem swojej płyty Rocznik ’72 dokonałaś takiego „coming out’u”.
W ogóle nie czuję swojego wieku. Dawniej myślałam, że bycie przed czterdziestką to już jesień, zmierzch. Teraz patrzę w lustro i wiem, że nigdy wcześniej nie czułam się lepiej we własnej skórze. Ale to jest zrozumienie siebie, które przyszło niedawno i wciąż ewoluuje. Oczywiście, że należy mówić ile się ma lat, jeśli się jest o to pytanym. Wypada mieć tyle lat, ile się ma. Wypada się cieszyć z tego, kim się jest. Wypada odrzucić konwenanse, które każą ci stosować ograniczenia. Kto powiedział, że nie możesz czerpać z tego źródła? Czy to źródło jest dozwolone do lat 30′ tu? Czy istnieją reguły, których nie możemy zmienić? Otóż nie. Dobrze znam smak życia wbrew. Proszę mi wierzyć, to cholernie dobrze smakuje.
