Jak to się wszystko zaczęło?
Nie pamiętam dokładnie.
Do głowy przychodzą pojedyńcze obrazy. Nie potrafię ułożyć ich chronologicznie:
Mam parenaście lat, rzężący magnetofon Kasprzak (przedmiot dumy i pożądania) wyrzuca z siebie przeboje lat 80-tych, a ja wykonuję ekwilibrystyczny duet z Madonną w tle. Ubrana w specjalnie na tę okazję uszytą sukienkę, całkiem przekonywująco (w porównaniu z oryginałem) śpiewam utwór” Heaven can wait” piosenkarki wówczas bardzo popularnej - Sandry, na międzyszkolnym konkursie. W ogóle - ku utrapieniu sąsiadów, ciągle śpiewam. Jadę na jakiś festiwal piosenki angielskiej naśladując moja ukochaną Sade - to mój pierwszy kontakt z profesjonalnym jury. Śpiewam po omacku, utrwalając błędy i manieryzmy, zarzynam Kasprzaka i błyszczę na wyimaginowanych scenach.
Czegoś tam próbuję się nauczyć od instruktorów w lokalnych domach kultury, biorę lekcje gry na gitarze, ale średnio mi idzie – jestem patentowym leniem i nie mam ochoty ćwiczyć, występuję w przedziwnych spektaklach, śpiewając przedziwny repertuar (”Spóźniłam się na swój ślub”), uczę się standartów jazzowych, śpiewam je do kotleta, wyjeżdżam do Holandii - okazuje się, że szukali nie wokalistki, ale dziewczyny do łóżka, wracam.
Oblewam egzamin na Akademię Muzyczną w Katowicach i przekonuję się, że wcale nie jestem taka nadzwyczajna. Brak mi warsztatu, jestem naturszczykiem, śpiewam intuicyjnie. ( To akurat zostało mi po dziś dzień.) Myślę, że wtedy zależało mi na byciu kimś. Marzyłam o gwiazdorstwie i przywilejach. Może brało się to z jakiś kompleksów, może było czymś w rodzaju ”Ja wam jeszcze pokażę!” Pamiętam egzamin do jakiegoś studium piosenki w Poznaniu, skąd mnie wspaniałomyślnie wygonili, każąc wcześniej odśpiewać ”Sto lat”. Choć mój stosunek do szkół, w których rzekomo uczy się bycia artystą pozostaje niezmienny od lat, muszę przyznać, że trochę racji w tym było . Tak czy owak, odebrałam to jako cios w samo serce - wierzyłam przecież, że sprawdzam się jako wykonawca i byłam przekonana o swoich wielkich umiejętnościach. Gdy wracam dziś do nagrań sprzed lat (1989 – 1991), szczerze mówiąc nie mogę się nadziwić, skąd się ta wiara brała.
Pierwszy zespół nazywał sie Living For Music. Założył go basista Robert Podolski. Mój ówczesny narzeczony Tomek Bubień grał w nim na gitarze. Robert pisał piosenki, ja układałam melodie i słowa. ( spójrzcie – pierwsze zdjęcie, na festiwalu w Sopocie)
Wiosną ’93 nagraliśmy demo, które zaprezentowaliśmy Markowi Niedźwieckiemu. Wywiad w Trójce był przeżyciem niemal duchowym. Oto spełniały się nasze marzenia. Wkrótce mieliśmy być sławni (tak nam się przynajmniej wydawało). Cóż, każdy kto choć trochę zna sie na szołbizie wie, że jest to zdecydowanie bardziej skomplikowane. Nauka jednak trafiła na podatny grunt. Poczułam, że muszę założyć własny band. Wkrótce zaczęliśmy pisać z Tomkiem pierwsze piosenki i rozglądnęliśmy się za ludźmi, którzy chcieliby je grać. Tak powstało O! la,la. ( jeden z wciąż zmieniąjacych się składów – zdjęcie drugie)
Przechodziliśmy dziwaczne metamorfozy. W naszych poszukiwaniach idealnej stylistyki wykazywaliśmy niezwykłą wprost determinację i upiorny brak konsekwencji. W ciągu tygodnia potrafiliśmy na przykład stworzyć piosenkę ocierającą się o kabaret, zagrać coś mającego swe korzenie w britpopie (Oasisis był wówczas otaczany niesłabnącym kultem) i absolutnie niezrażeni, popróbować czegoś w rodzaju Rage Against The Machine. W tym mniej więcej czasie wystąpiłam gościnnie na płytach Squat’a i Acid Drinkers.
W końcu udało nam się umieścić jedną z piosenek na lokalnej liście przebojów. Była to ”Gorąca trzydziestka” nadawana w Radiu Zachód. Numer był łzawy, cukierkowy, ale podobał się bardzo. Radiowcy zaprosili nas do udziału w urodzinowym koncercie, na którym gościła przedstawicielka małej wytwórni Koch. Stąd już tylko krok do pierwszego kontraktu fonograficznego. ( Zdjęcie trzecie – nagrywamy płytę w studiu w Łodzi – co ciekawe nagrywaliśmy ją ze trzy razy od początku, by koniec końców wylądować w studio w Zielonej Górze. Strach pomyśleć ile pieniędzy się wtedy zmarnowało!)
Pokładaliśmy w Euforii (1996) - naszej pierwszej i jedynej, jak się później okazało, nagranej pod szyldem O!la,la płycie, wielkie nadzieje. Zawiedliśmy się, ale i nauczyliśmy wiele. Pewnym sukcesem okazał się singiel z piosenką ”Cudownie” do słów Edwarda Stachury. Pamiętam, powstał w Sopocie, w jakimś obskurnym hotelu i pozostał ze mną na zawsze. Uwielbiam go, wciąż jest stałym punktem programu na moich recitalach w odświeżonej nieco aranżacji.
Chcieliśmy zawojować świat, mieliśmy oczekiwania, plany, a tu ludzie z wytwórni powiedzieli, że jak dobrze pójdzie, to sprzedamy 5000 egzemplarzy. (Pamiętajcie, to były czasy, gdy pierwszoligowcy wrzucali na rynek 200 tysięcy i wszystko schodziło na pniu.) Podobno nasza muzyka nie była komercyjna - dziwne, dziś postrzegam ją jako najbardziej komercyjną i prostolinijną w całej mojej karierze.
Co tu dużo gadać, utknęliśmy na mieliźnie. Tak więc , gdy parę miesięcy po wydaniu Euforii pojawiła sie propozycja przejścia do PolyGramu (późniejszy Universal) poczułam jak znów łapiemy wiatr w żagle. Kontakt ułatwił Marcin Żabiełowicz (Hey), który przez chwilę miał być producentem drugiej płyty O!la,la. Nie pamiętam w jakich okolicznościach spotkaliśmy Marcina, pamiętam za to pierwsze spotkanie w mieszkaniu Kaśki Kanclerz na Kabatach. Kaśka była wówczas bogiem. Miała wypasioną chatę z kominkiem i mega sukcesy. Byłam bardzo podekscytowana. Były ostrzeżenia, owszem, choć ja z ręką na sercu, muszę powiedzieć, że nigdy większych problemów z Kaśką nie miałam. Raz mi chyba powiedziała, że powinnam poćwiczyć, przejść na dietę – może się tam trochę przejęłam, ale bez przesady. Byłam wyluzowana, nie czułam by mnie strofowano, pewnie wynikało to po trochu z mojego złotego charakteru – nie wchodziłam z nikim w konflikty, toteż otaczała mnie aura względnej życzliwości. ( Jak się potem okazało ten nadmiar wolności nie bardzo mi się przysłużył.)
Na wiosnę 1997 roku pojawił się nowy singiel ”Jak ja wierzę”. Wierzyłam w tą piosenkę. Pamiętam, że zadzwoniłam ze studia do wytwórni, tego samego dnia, gdy pierwszy singiel – ”Radosny” miał iść do tłoczni i powiedziałam im: ”Słuchajcie, wstrzymajmy się jeszcze chwilę. Mam coś lepszego. To będzie hit.”
Rzeczywiście, mieliśmy hita. Choć mnie to jakby ominęło, w tym znaczeniu, że w ogóle nie zdążyłam poczuć się gwiazdą. To były zresztą inne czasy. Wiedziałam, że coś dobrego się dzieje, bo pieniędzy na koncie przybywało, ale zupełnie nie czułam, że wygrałam los na loterii. Skupiałam się na miłości i dramatach. O swoim sukcesie słyszałam od innych, sama tego specjalnie nie śledziłam. Małą wagę przywiązywałam do tych wszystkich rzeczy, które dziś uważam za kluczowe w szołbizie: do wizerunku, bywania, zawierania odpowiednich znajomości. Kucia żelaza póki gorące. (Nie mogłam się nadziwić jak to Kaśka opowiadała o kupowaniu jakiś kiecek w Londynie dla Natalki (Kukulskiej). To była dla mnie totalna abstrakcja) To wyautowanie zdeterminowało moją karierę na wiele następnych lat. Byłam kim byłam. Zagubioną dziewczynką z mnóstwem osobistych problemów, nadwagą, w czarnych glanach i lnianych kieckach. ”Bajeczki” owszem, przyniosły popularność, single stały się evergreenami, pojechaliśmy w trzymiesięczną trasę (zdjęcia czwarte i piąte) , ale niewiele więcej z tego wynikło, bo nie potrafiłam wtedy sprostać oczekiwaniom, przestawić akcentów, zakotwiczyć w pierwszej lidze. Zbagatelizowałam na przykład absolutną konieczność posiadania świetnego menadżera, odrzucałam propozycje, bo wydawało mi się, że sama się wszystkim najlepiej zajmę. Nie umiałam po prostu zająć się pracą i przestać skupiać się na czubku własnego nosa. Koniec końców, ta krótkowzroczność wiele mnie kosztowała. Potem przyszła depresja, duchowe poszukiwania, jeszcze większe wyalienowanie, bardzo dziwny okres. I nowa płyta ”Kim więc jestem” - tworzona pod kierunkiem Wojtka Waglewskiego. ( ostatnia fota, sala prób, Wojtek na pierwszym planie) Nie było entuzjazmu, fajerwerków, tylko cisza.
Dużo wtedy pisałam. Do szuflady. Archiwum rozrastało się, melodie siedziały w głowie, zlewały się, przechodziły jedna w drugą. Zawsze miałam w głowie melodie. Pojawiały się niezapraszane. Szłam na przykład ulicą, a tu trach, jest melodia – szłam więc nucąc, żeby pamiętać (jeśli zobaczysz w środku miasta pannę nucącą pod nosem, to z pewnością będę ja). Podobnie jak Marek Kościkiewicz, uważam się bardziej za „układacza” niż kompozytora piosenek. Już mając 15 lat wymyśliłam numer na nieśmiertelnych akordach CadG i podgrywając sobie na gitarze wykonałam ją publicznie w szkolnej świetlicy Liceum nr 1 w Zielonej Górze. Nazywała się „I need a friend”.
Szukałam, nagrywałam demówki, przypatrywałam się muzykom, z którymi los mnie zetknął. Uczyłam sie rzemiosła, warsztatu (wreszcie!), wydobywałam z siebie to, czego istnienia nawet nie podejrzewałam. Nagle okazało się że mam skalę, mam głos, muszę tylko nad tym zapanować. Ćwiczyłam pod okiem Eli Zapendowskiej, by potem trafić do Tadeusza Konadora ( jestem mu wierna do dziś). W tamtym czasie współtworzyłam bardzo specjalny projekt ”Manior i Mazajla” – który jak dotąd nie doczekał się premiery, choć niewątpliwie na nią zasługuje. To są właśnie meandry polskiego szołbiznesu – to, co zacne, musi ustąpić miejsca temu, co pospolite. Potem wydałam płytę Rocznik ’72, tworzyłam dla innych, skończyłam studia.
Jak widzicie, jest tu determinacja, ale i dużo chaosu, przypadków. Działania i nie – działania. Piszę to wszystko, ponieważ regularnie dostaję maile z prośbami o poradę. Młodzi ludzie, marzący o sławie, proszą o recepturę, myślą, żeby wlać trochę tego, trochę tamtego, pomieszać, może jeszcze odprawić nad tym jakieś egzorcyzmy i gotowe. I pytają, co wlewać i w jakich proporcjach. Nie chcę Was karmić banałami. Nie wiem. Wierzę (ciągle), że talent sam się obroni. Kiedyś, gdzieś. Choć bywa i tak, jak w przypadku Pana Stiega Larssona – można nie doczekać. Może te refleksje okażą się przydatne. Na pewno ważne by jak najczęściej być pośrodku. Nie popadać w skrajności. Kochać muzykę i cieszyć się nią. Reszta w rękach przeznaczenia. Życzę wytrwałości.






