Patrycja Kosiarkiewicz

Historia jednej piosenki

Tytuł tego działu zaczerpnęłam z nazwy jednej z audycji Radia Dla Ciebie. Na prośbę twórców cyklu, nagrałam kiedyś spontaniczne opowieści o tym jak powstawały moje przeboje, a potem pomyślałam, że fajnie byłoby to wszystko spisać i podzielić się tym ze słuchaczami. Bo słuchaczy to zwykle ciekawi i wzrusza.

Chcę zacząć nietypowo – przypomnieć nagranie, które było zaskakująco inne od tego, z czego mnie znacie. Mój najstarszy opublikowany występ. Opowiadałam Wam przy innej okazji o moich początkach. O tym, jak muzycznie raczkowałam, marząc o tym, by wreszcie stanąć na dwóch nogach. Początki były banalne. Entuzjazm, pierwszy band, próby w domach kultury, występy na lokalnych przeglądach talentów i szukanie, szukanie, szukanie. Siebie, swojego stylu. Słuchało się wtedy muzyki z walkmanów. Zamykam oczy i widzę jak stoję na przystanku autobusowym ze słuchawkami na uszach, mam glany i jestem bardzo zbuntowana – słucham Rage Against The Machine:). Potem nagrywam jakąś wokalizę dla znajomych z zespołu SQUOT, „chórkuję” (to w sumie eufemizm, zważywszy, że dźwięki jakie z siebie wówczas wydawałam mało miały wspólnego z śpiewaniem:)). Na jakimś koncercie – chyba w Poznaniu słyszy mnie Litza, frontman zespołu Acid Drinkers, który proponuje udział w nagraniu płyty Acidów – Flapjack. Mam nawet napisać własny tekst i wymyślić melodię. Co też czynię w studio w Gdyni. Realizatorem był Adaś Toczko – to jego głos słychać w końcówce nagrania. (Nie opowiem o szczegółach tej sesji, bo to się nie nadaje do prezentacji przed 22.00:)). To zabawne, ale ten epizod kojarzy mi się z wizytą w mieszkaniu Litzy, które było urządzone w Ikei, co uchodziło wówczas za szczyt luksusu ( mamy połowę lat 90-tych) i z pierwszą wizytą w Macdonaldsie na dworcu kolejowym w  Gdańsku – gdzie wypiliśmy z rzeczonym po czekoladowym shake’u.;) Takie rzeczy pamięta się do końca życia…

Jeśli zastanawiacie się co chce powiedzieć w tej piosence drugi podmiot liryczny (Marcin Wimonć, lider wspomnianej  wcześniej formacji SQUOT) – to ja Wam nie pomogę -  nie mam zielonego pojęcia. W każdym razie, jeśli idzie o mój fragment tekstu, to chodzi w nim o to, żeby ktoś „wziął ode mnie swoje pazury”. (Take your nails away!) Może miałam na myśli Draculę? Za cholerę nie pamiętam.

„Cudownie” powstało w obskurnym sopockim hotelu, którego jedyną zaletą był widok na morze, jak się człowiek mocno wychylił za barierkę balkonu. W pokoju byliśmy ja, Tomek Bubień i gitara Fender Stratocaster. Czekaliśmy na występ. Tomek grał gamy – odkąd pamiętam, Tomek w każdej wolnej chwili grał jakieś gamy. Ja sobie coś nuciłam pod nosem. W którymś momencie Tomek zagrał pierwszy motyw piosenki, a mnie od razu przyszła do głowy linia melodyczna. Jak zwykle śpiewałam ją po „szwedzku” czyli w nieistniejącym języku, który może przypominać angielski. Zbitki słów nie tworzą żadnego sensu, ale pięknie „unoszą” melodię. Mogłam improwizować coś w rodzaju „going my way la la la la la la la la la”. Cała kompozycja weszła nam jak w masło tamtego dnia. Tekst dopasowałam później – lubiłam Stachurę, zawsze był mi bliski, trzeba było tylko wprowadzić malutką modyfikację w oryginale – „niech pani śpi” na „więc śpij już, śpi.” Potem, po latach na okładce „Ogrodu niespodzianek” pojawiała się kultowa dżinsowa seria dzieł Stachury. Zawsze sobie myślę, że nic się dzieje przypadkiem i wciąż otrzymuję na to dowody od życia. Nie trzeba daleko szukać. Weźmy klip do tej piosenki – nagraliśmy go wraz z Grzesiem Sadurskim (reżyserem) na polanie przy ulicy Przyczółkowej na warszawskim Wilanowie. ( W teledysku pojawia się cały ówczesny skład O! la, la.) Wiele lat później zamieszkałam nieopodal. Jakby mnie to miejsce zassało wtedy. Warszawa jest dziś moim domem. Choć, gdy przyjeżdżałam do niej mając dwadzieścia parę lat, przypominała mi monumentalny gmach z mnóstwem małych okienek i wielkim obrotowymi drzwiami, które trochę za szybko się kręcą.

Była wiosna 1997 roku. Pomieszkiwałam na Żoliborzu. Właśnie kończyliśmy w Izabelinie zgarnia płyty „Bajeczki” z naszym reżyserem dźwięku, nieżyjącym już ŚP Jarkiem Pruszkowskim (liderem popularnej wówczas formacji Sixteen). Tego dnia moja wytwórnia miała wysłać do produkcji pierwszy singiel. To były czasy! Tłoczyło się wtedy single na kompaktach – dziś jeśli wypuszcza się singiel promo, to istnieje on tylko w wersji cyfrowej, głównie z powodów cięcia kosztów. Ale wtedy przeżywaliśmy złoty wiek, gdy polska młodzież słuchała polskich piosenek.;) W każdym razie, singiel – „Radosny” – miał właśnie zostać wysłany do tłoczni, gdy wstałam od konsolety, zadzwoniłam do działu promocji Polygramu i powiedziałam: „Wstrzymajcie się proszę przez chwilę, mam tu coś lepszego”. To było „Jak ja wierzę”. I rzeczywiście numer okazał się strzałem w dziesiątkę. Był grany wszędzie i to tak często, że niektórzy mieli mdłości jak tylko słyszeli jego charakterystyczny początek.;) Pojawiły się też i głosy krytyki. Że piosenka jest plagiatem i zaczyna się identycznie jak „Tom’s diner” S. Vegi. Bardzo mnie to wtedy wkurzało i bardzo się tym przejmowałam. Mój Boże, gdybym się wówczas z tą moją nadwrażliwością za pomocą czarodziejskiej różdżki przeniosła parę lat do przodu, do czasów pierwszych forów internetowych, to prawdopodobnie musiałabym sobie od razu palnąć w łeb. Oczywiście „Jak ja wierzę” nie było podobne do piosenki Suzanne Vegi w znaczeniu kompozycji. To zupełnie inny kawałek! Po prostu zastosowałam podobny środek wyrazu – zaśpiewałam melodię tzw. scatem. Co ciekawe, twórcy teledysku ( pojęcia nie mam czy złośliwe czy przypadkowo) – podkreślili to rzekome podobieństwo scenariuszem klipu. I u mnie i u Suzanne Vegi pojawili się tancerze w podobnym układzie choreograficznym. Ale z ręką na sercu, o tym dowiedziałam się parę lat później, gdy trafiłam gdzieś w mtv na teledysk ilustrujący numer Zuzi.

Dlaczego nazwałam „Radosny” radosnym? Myślę, że na fali „Teksańskiego” Kasi Nosowskiej. To tak fajnie brzmiało. Zresztą ten numer naprawdę był radosny. Cukierkowy, zaryzykowałabym nawet określeniem – landrynkowy. Nasze piosenki zwykle łagodniały w studio. Tak jakby traciły w drodze metrami kabli sprężystość i moc, pozostając miękkimi jak kołderki i nieco onirycznymi. Może było to też związane z obsesją poprawności, precyzyjności ( stroju, brzmienia), jakiej przez lata hołdowaliśmy. Choć nasze granie zawsze było oparte na rocku i właśnie taka jestem w głębi duszy – rockandrollowa. Może jeszcze kiedyś uda mi się to udowodnić?
To naprawdę niezwykłe, że i „Radosny” i „Jak ja wierzę” stały się evergreenami, wciąż są grane w radiach i cieszą się popularnością. Gdy czytam komentarze internautów, to szczerze się wzruszam. „W latach ’90 to mieliśmy muzykę, a nie teraz to gówno, co leci.” dezecik, „Ta piosenka to kwintesencja muzyki z lat 90…. :” extramail, „Kojarzy mi się z wakacjami…” jedrus30, „ludzie jaki swiat byl wtedy prosty:):):):)” angelpony, „ile bym dal zeby swiat wrocil do takiej muzy” polishlover83, „Mega pozytywne wibracje !” yb3000. Etykietka pieśniarki optymistycznej przylgnęła do mnie na dobre i gdy potem próbowałam być sobą;) – czyli osobą co najwyżej racjonalnie pozytywną (w dobrych momentach) lub po prostu dość smutną (w momentach niezliczonych ) – trochę mi się obrywało. Że przecież ktoś musi być radosny, że jęczących piosenkarek jest u nas pod dostatkiem i muszę trzymać fason. No więc cóż było robić? Musiałam się jakoś odnaleźć w tej szufladzie, w której mnie zatrzaśnięto, co właściwie wyszło mi na dobre, bo kiedy smutny człowiek pogrąża się w smutku, to wychodzi z tego smutek do kwadratu. Lepiej by smutny człowiek zmusił się do uśmiechu, bo a nuż mu tak zostanie i zarazi tym jak grypą innych.

CDN